Siłacz Dinnies von Kleist z Dammen

Dziś historia, która związana jest ze słynną Sydonią von Borck i jej kochankiem Johannem Appelmannem – synem burmistrza z dawnego Stargardu. Wszyscy też jak mieszkańcy obecnej gminy Tychowo słyszeliśmy o zamku, czy też wieży obronnej w Damen – dziś Stare Dębno w ów gminie, a „starożytnej” posiadłości słowiańskiego rodu Kleszczów – von Kleistów.

Zatem dowiedzmy się, co wydarzyło się pod koniec XVI w. w Damen, a w czym również zasłużył się pewien młody rycerz z rodu Kleszczów. Oto fragmenty mojej powieści, którą ubarwiłem powieścią:

„Książę Ernest z pewnością wybrałby się do Sydonii, gdyby nie jeden ze szlachciców – Dinnies von Kleist – człowiek o ogromnej sile, który bez problemów go zatrzymał. Albowiem postawił on zakład, że jednym palcem będzie trzymał mocno księcia Ernesta w pasie, a jeśli książę poruszy się zaledwie o cal od miejsca, w którym stał, będzie on zadowolony, a Kleist straci zakład. I prawdę mówiąc, książę Ernest stwierdził, że nie mógł poruszać się o krok od ów miejsca, w którym trzymał go Dinnies Kleist. Wezwał więc innego szlachcica, by ten mu pomógł, przeto chwycił go za rękę i próbował odciągnąć, ale na próżno. Potem zawołał przez sekundę, trzecią, czwartą, aż do tuzina, a oni dalej wszyscy się trzymali i szarpali za ręce, odsuwali aż ich głowy prawie dotknęły podłogi, ale dalej na próżno. Ani cala książę nie zmusił Kleista do ruchu. Więc Dinnies wygrał zakład, a książę Johann Frederick był tak zachwycony dowodem jego olbrzymiej siły, że od tej pory zabrał go do siebie, do służby. Później, przez całą noc Dinnies  bawił gości, wykonując równie wspaniałe wyczyny, aż do świtu.

Na stole stał wielki „kij” wypełniony winem, który książę Racibor I zabrał z bogatego miasteczka Konghalla w Norwegii, gdy na nich napadł i ich splądrował. Gdy książę podał mu go, by przysiągł, Dinnies powiedzał:

– Czy mam zmiażdżyć to w dłoni? Jak świeży chleb, dla waszej książęcej wysokości?

Książę się śmiał i rzekł:

– Możesz spróbować.

Przeto Kleist natychmiast zmiażdżył je z taką siłą, że wino rozprysło się na całe nakrycie stołu. Potem książę rzucił złote i srebrne medale, mówiąc:

– Czy możesz je złamać?

– Tak, oczywiście, gdyby mi je przekazano, nie inaczej.

– Więc weź tyle, ile zdołasz przełamać – powiedział książę.

Po czym złamał je wszystkie z wielką łatwością, jak ołtarzowe płatki, i wepchnął je ze śmiechem do kieszeni.

Na ów kolacji było sporo konserwowych wiśni, ułożone na talerzu, jak wysoka góra. Z tej góry Dinnies zabrał wiśnie garść za garścią i ściskał je razem, tak, że ani jedna pestka nie została mu w dłoni.

… W końcu, w połowie drogi, książę Ernest zadecydował, że poczeka na eskortę z Wolgast, podczas gdy stary książę ciągle żartował z jego oblubienicą, zgodnie ze swoim zachowaniem, tak, że młoda księżniczka ciągle rumieniła się ze wstydu, aż w końcu błagała swojego męża, by wyruszyć do Wolgast.

Kiedy stary książę Barnim zrozumiał, że nic już dokona, pożegnał się z nimi życzliwie, obiecując, że za osiem dni odwiedzi ich w Wolgast na uroczystościach weselnych, i jako eskortę dał im Dinniesa Kleista z sześcioma towarzyszami, by prowadzili ich przez najbardziej niebezpieczną część lasu, która była traktem rozciągającym się na około siedem mil.

Teraz, gdy byli już w połowie drogi przez las, nadciągnęła straszna burza gradowa, deszczowa, z grzmotami i błyskawicami. Choć książę i jego oblubienica byli wystarczająco bezpieczni w powozie, to ich eskorta była obita przez grad i mokra. Przeto książęca para poprosiła ich, by powrócili do Falkenwaldu i wysuszyli ubrania, albowiem nie było już niebezpieczeństwa, w którym mogliby zostać schwytani. Byli oni już w połowie lasu, blisko wioski Mutzelburg.

Zatem Dinnies i jego towarzysze odeszli i odjechali, wkrótce usłyszeli galop konia, a był to Marcus Bork, albowiem był on w drodze, by zakupić ziemię w Crienke, przed swoim małżeństwem z Klarą von Dewitz. Miał on ze sobą worek złota na ramieniu i sługę. Gdy usłyszał w Szczecinie, że książę i jego panna młoda są w drodze do Wolgast, wnet wyruszył za nimi, tak szybko, jak mógł, by dotrzymać im towarzystwa.

Do tego czasu książęca para dotarła do „Krzyża Barnima”, tam, książę zatrzymał się, aby okazać go swojej narzeczonej i opowiedzieć jej legendę na ten temat. W tym momencie słońce świeciło z chmur i burza ustała. Pierwej książę zwrócił się do Marca Borcusa i zapytał się go, czy on słyszał coś o swojej kuzynce Sydonii?  Odpowiedział mu, że dotychczas żadnych wieści nie było, ale wkrótce być może coś usłyszy.

Potem, gdy książę zobaczył, że jego wasal jest cały mokry, młody pan poradził mu, by włożył suche odzienie, lecz on nie miał go przy sobie. Po czym książę podarował mu swój portret z okna powozu i kazał mu wybrać, to, co chciałby ubrać. Tedy Marcus ściągnął swoją torbę z pieniędzmi z ramienia, a książę wciągnął ją przez okno powozu, wskoczył do lasy, by tam przebrać się.

… Tymczasem Marcus doszedł prawie do smutnego swojego końca, albowiem stara cygańska wiedźma przysięgła, że on zostanie dźgnięty nożem. Gdy biedny Marek bronił się przed rabusiem, który rzucił się na niego ze sztyletem, cyganka podkradła się do ziemi, uniosła wielki nóż i zanurzyła go w jego boku. Właśnie wtedy, niczym posłaniec Boga, przybywa potężny Dinnies von Kleist, galopujący na ratunek, gdzie po drodze do domu zatrzymał konia, by opróżnić kozaki z wody, był tedy jeszcze daleko od Falkenwaldu. Podczas gdy jeden z jego ludzi opróżniał buty, inny błąkał się po lesie, zbierając dzikie truskawki, które rumieniły się, jak czerwony szkarłat. Kiedy był pochylony blisko ziemi, do jego ucha dobiegały wrzaski jego łaskawej pani, wnet pobiegł powiedzieć to swojemu panu, który również się temu przysłuchał. Odkrywszy, że ów dźwięki idą z tego samego kierunku, w którym zostawili książęcą parę ślubną, zaczęli podejrzewać, że spotkało ich jakieś zło. Dinnies wskoczył na siodło i gnał swojego wierzchowca z prędkością maksymalną. Inni za nim pędzili do miejsca, w którym zostawili powóz.

Marcus zemdlał z powodu utraty krwi, a jego zmęczona ręka ledwo co trzymała miecz. On cały kołysał się do przodu i tyłu, jakby prawie upadał na ziemię. Cygańska wiedźma była blisko niego, z wyciągniętym ramieniem, gotowa wbić nóż w jego bok, on tedy upadł na ciężki cios miecza, a ramię i nóż opadły na ziemię. Dinnies krzyknął:

– Jodute! Jodute!

Obrócił miecz po raz drugi, a głowa karła – złodzieja spadła na ramię wiedźmy. Potem rzucił się na drugę stronę powozu, skręcił w prawo i w lewo wśród rabusiów, którzy zgarniali złoto. Jego towarzysze ścigali innych rabusiów w lesie, tak, że zaniepokojona reszta bandy porzuciła złoty łup i rozbiegła się w każdym kierunku do lasu. Johann Appelmann na próżno ryczał, krzyczał i przeklinał i sprzeciwiał się pojedynczym zwolennikom rycerza. Otrzymał cios i pobiegł za swoim zespołem do lasu, a wraz z nim Sydonia. Tak, że wokół powozu nie było nikogo prócz zmarłych. W ten sposób dzielni Dinnies Kleist i Marcus Bork uratowali księcia i jego oblubienicę. Jak prawdziwi rycerze, jednakże Marek ciągle był słaby i opierał się o powóz. Przed nim leżało trzech rabusiów, których zabił własną ręką. Walczył tylko w koszuli, a błogosławiony krzyż był jego tarczą. Koło niego leżało również ramię cyganki z nożem w ręku, a sama wiedźma uciekła. Odważny Dinnies otaczał krąg zmarłych, liczących siedem osób, których zabił on i jego towarzysze. Ziemia dookoła wyglądała jak dojrzałe pole truskawek, tak było czerwone od krwi.

Można sobie wyobrazić jaka radość napełniła serca książęcej pary, gdy odkryli, że całe niebezpieczeństwo minęło. Wysiedli z powozu, a kiedy księżniczka zobaczyła Marcusa leżącego w kałuży krwi, w szatach pokrytych krwią, rozpłakała się głośno i zerwała własną zasłonę, by opatrzyć jego rany, przyniosła wino z powozu, które przelała mu przez usta, jak miłosierny Samarytanin.

… Potem książę zwrócił do silnego Dinniesa, by ten wstąpił do niego na służbę. Jednakże na próżno, albowiem został on zaprzysiężony jako wasal na służbę do księcia w Szczecinie. Przeto książę zdjął złoty kołnierzyk i założył mu naszyję, a księżniczka zdjęła złoty pierścień z brylantem, by nim go obdarować, następnie uśmiechała się serdecznie a on zapytał:

– Rozmyślam, czy dobry rycerz ma odpowiedni palec, by zmieścić ten mały pierścionek?

Na co ona odpowiedziała:

– Dzielny rycerz może mieć drogą żonę, która mogłaby nosić ten pierścionek dla niej, bo nie możesz odejść bez dowodu wdzięczności.

Jednak sam rycerz odłożył pierścień, mówiąc, że nie ma małżonki i długo nie będzie miał, dlatego pierścień jest bezużyteczny. Księżniczka zastanowiła się i zapytała:

– Dlaczego nie będziesz miał małżonki?

Na co on odpowiedział:

– Boję się losu Samsona! Bo czyż miłość nie ograbiła go z jego siły?  Ja także mogę spotkać Dalilę, która odcięłaby mi długie włosy.

… Dinnies Kleist udał się do stajni, aby zobaczyć się ze swoim koniem, albowiem było tam wiele koni, w wyniku zgromadzenia wysłanników z petycją. Sam rycerz bał się, że mogą wybuchnąć zamieszki. Gdy przechodził przez kuchnię, to obserwował mężczyznę targującego się z karczmarzem, który miał przed sobą czajnik, w który wtykał kiełbaski, chleb i szynkę i wszelkiego rodzaju artykuły spożywcze. Dinnies nie widział w nim nic podejrzliwego, ale po chwili zorientował się, że ma na sobie płaszcz, który był pocięty i wnet rozpoznał w nim mężczyznę z lasu, któremu pociął płaszcz. Skoczył więc do niego, a gdy mężczyzna wyciągnął nóż, Dinnies chwycił go, a potem pchnął. Kierując go, głową do wody. Trzymając go potem prosto, aż się zachłysnął. Tak więc biedny łajdak zaczął się wreszcie trząś ze strachu i w agonii śmierci, po czym rycerz zawołał:

– Wyznaj prawdę! Czy jeszcze nie napiłeś się wystarczająco?

– Przyznam prawdę, gdy obiecasz mi życie!

– Zgoda!

– Nazywam się Konnemann, dzięki bankructwu Loitza straciłem swój młyn i wszystko, co było warte. Dołączyłem do bandy rabusiów, która spotyka się w starej jaskini w lesie, w której trzymają również łupy.

Dalej przekazał mu, że to stare zrujnowane miejsce, z zawalonymi ścianami, dawniej mieszkał tam mężczyzna o imieniu Muckerwitze, który tamże pochował swoją żonę w jaskini, dlatego była dawniej pusta.

Potem rycerz zapytał się karczmarza:

– Czy znasz te miejsce w lesie?

– Tak, znam.

Potem pytał się, czy zna tego młynarza Konnemanna, ale gospodarz zaprzeczył temu. Potem Konnemann dodał:

– Przyszedłem kupić zapasy dla głodnego zespołu, i wysłali mnie, bym zobaczył, co mogę dostać, podczas gdy banda ukrywa się w jaskini.

Następnie rycerz przedstawił te fakty księciu i wysłannikom, uzgodniono, że następnego ranka zajadą drogę rabusiom, a tymczasem Konnemann będzie trzymany pod kluczem.

Następnego ranka wyruszyli o świcie, biorąc ze sobą Konnemanna za przewodnika. Otoczyli starą ruinę, leżącą na zakopanym wzgórzu, pośród dębów. W środku nie było słychać dźwięków. Podeszli jeszcze bliżej, ale dalej nie było nic słychać. Rozgniewało to Dinniesa Kleista, albowiem pomyślał, że młynarz chce ich oszukać. On jednak przysięgał, że jest niewinny, a rycerz zaproponował, ze da mu coś świeżego do picia w zamku, a potem zaproponował, że zapali pochodnię z sosny i zejdzie do jaskini. Potem był przygnębiony, gdy usłyszał, jak krzyczy:

– Rabusie zamordowali kobiety! Wszyscy leżą tu martwi, ale nie widać mężczyzn!

Następnie rycerz zszedł ze swoim mieczem. I prawdą było, że na wilgotnej ziemi leżała stara wiedźma, jej córka i Sydonia. Wszystkie poplamione krwią i sztywne. Rycerz zapytał:

– Która to Sydonia?

Tedy jej kompan zbliżył się z pochodnią sosnową do jej twarzy, która była niebieska i zimna. Potem rycerz chwycił jej małą dłoń, upuścił ponownie i potrząsnął głową, bo mała dłoń była sztywna i zimna jak u trupa.

… Przeto Sydonia poszła z nim i usiedli na zielonej trawie, by porozmawiać, nie wiedząc, że pastor Rehewinkel ukrył się za następnymi drzewami, albowiem poszedł rozpaczać nad swoją utratą biednego źrebaka, siedział tam i gorzko płakał. Kupił go, by go później sprzedać, by mógł kupić sobie ciepły płaszcz na zimę, czego teraz nie może zrobić, dlatego starzec wyszedł w jasną noc, rzucił się na ziemię i zaczął płakać.

W ten sposób usłyszał całą historię łotra i Sydonii, a potem opowiedział ją staremu mieszczaninowi – burmistrzowi w Stargardzie, a było to tak:

– Że jakiś czas po jego ucieczce z Daber, jego przyjaciel ze Szczecina powiedział mu, ze Dinnies von Kleist, ten sam, który przeszkodził im w rabunku w lesie Uckermund, miał dużą sumę złota w plecaku i wyjechał do swojego zamku w Dame, miasteczka w pobliżu Polzina na Dolnym Pomorzu, gdzie mieściła się starożytna feudalna posiadłość Kleistów, podczas gdy reszta biesiadowała w Daber.

Tę sumę wygrał w wyniku zakładów książąt Saksonii, Brandenburgii i Meklemburgii. Stawką zakładów było to, że zabierze na raz pięć beczek wina, bez pomocy, z piwnicy do jadalni zamku w Starym Szczecinie, książę Johann odrzucił zakład, bo dobrze znał swojego człowieka, ale inni książęta go podjęli, tedy cała szlachetna kompania wstała i doprowadziła go do piwnicy. Tu Dinnies podniósł beczkę pod każde ramię, drugą w każdej dłoni z zatyczkami, a jedną między zębami za wtyczką. Tak obciążony niósł pięć beczek z piwnicy do jadalni. Pieniądze zostały mu wypłacone, jak zaświadczyli książęta, a całą sumę włożył do swego plecaka i wyruszył do swojego zamku w Dame, by oddać je swojemu ojcu.

Łotr dalej opowiadał: Po tym, jak usłyszałem tę wiadomość od mojego dobrego przyjaciela, postanowiłem wyruszyć do Dame i zemścić się na tym silnym wole z Kleistów, spalić jego zamek i zabrać jego złoto. Moja banda się zgodziła, ale biada! Niestety był wśród nich zdrajca! Nazywał się on Kaff i mógłbym go wcześniej podejrzewać, bo w końcu zauważyłem, że kiedykolwiek zajmowaliśmy się jakąś sprawą, szczególnie okradaniem kościoła, to on próbował uciec i prosił o odejście.

Kiedy nocą go mijałem, to on modlił się, i dlatego powinienem był natychmiast go odrzucić, tego tchórzliwego łotra, bo wkrótce połowa zespołu czyniłaby podobnie. Mówiąc krótko, ten zarozumiały, czarny charakter, wymknął się nocą ze swojego stanowiska, kiedy, my wszyscy siedzieliśmy przed ów zamkiem, czekając na najciemniejsza godzinę o północy, on tedy zdradził nas mówiąc Kleistom, by zaatakowali nas w jaskini, mówiąc mu o sile naszego zespołu i o tym, jak i kiedy go zaatakować, podał im wszystkie szczegóły.

Po tym wydarzeniu, było słychać lamenty w zamku, a stary Kleist, mały, białogłowy mężczyzna, załamał ręce i wydawało się, że jest gotów na szaleństwo ze strachu, bo połowa osób tam bywających, była teraz na corocznych targach, a inni byli daleko w kopalniach węgla. Przeto na koniec z ledwością mogli zebrać dziesięciu walczących mężczyzn. Po za tym fosa zamkowa pełna była śmieci, choć stary Kleist prosił swoich synów, by zrobili z tym porządek, ale oni nigdy na to nie zwrócili uwagi.

Wszystko to zmartwiło potężnego Dinniesa, a gdy chodził po korytarzu, to jego oczy często spoczywały na obrazie przedstawiającym diabła odcinającego głowę karciarza, z którą uciekał przez okno.

Raz po raz spojrzał na obraz, a potem zawołał psa, włożył go pod ramię i odciął mu głowę, jakby to była tylko gołębica, potem zabrał cielaka, przełożył go pod swoją pachą i odciął mu głowę, a potem poprosił swoich ludzi o maskę przedstawiającą diabła, którą dostał w Szczecinie, by przestraszyć nią rozpuszczonych braci, kiedy za długo siedzieli nad kubłami z piciem. Czasami z tego powodu upuszczał butelkę z winem. Zatem została mu przyniesiona maska diabła i wszystkie przebrania, by udawać z powodzeniem diabła. Mianowicie, żółty kaftan z czarnym przebiciem, czerwony płaszcz i duża drewniana stopa konia.

Kiedy Dinnies to wszystko zobaczył, a człowiek, który grał diabła, poinstruował go, jak je założyć, bardzo się ucieszył i oświadczył, że tylko on może uratować zamek, a sam dowódca rabusiów Johann w tym czasie nic nie wiedział o tym, ani zdrady, ani jakiej to bandy. Wszyscy ze zbójców siedzieli w szopie, w lesie, która została zbudowana dla młodego jelenia w zimie. Johann mówił dalej, że położyli latarnię przy ścianie, a tedy pili i grali, a ich dostawca nalał nam po kuflu najlepszego piwa, a wtedy właśnie o północy usłyszeli na zewnątrz donośny grzmot, tak, że ziemia trzęsła się pod nimi, była to eksplozja proszku, który zdrajca położył w szopie, a ślady znaleziono następnego dnia.

Kiedy wszyscy wyskoczyli i stanęli wokół ów diabła ze stopą konia i piórami koguta oraz długim ogonem cielęcia, który robił najokropniejsze grymasy i potrząsał długimi włosami. Wtedy ogień wydostał się z jego ust i nozdrzy, ryczał jak dzik, chwycił małego krasnoluda, schował go pod pachą, jak małego koguta, i wtedy gdy Johann przerywał mu jego przekleństwa, to on odciął mu głowę, a potem rzucił nią w Appelmanna, i krzyknął:

– Tak będzie każdego dnia, prócz niedzieli!

I zniknął w drzwiach, jak upiór, niosąc ze sobą bezgłowy kufer. Kiedy towarzysze Johanna usłyszeli, że on ma zabierać codziennie jednego z nich, prócz niedzieli, to wszyscy zaczęli krzyczeć, jak wiele wież, kiedy strzelano między nimi, i wybiegli w nocy, chwytając konie lub powozy, czy czegokolwiek, na czym mogliby położyć ręce, i odjechać, na wschód, zachód, albo na północ i południe, jak tylko to możliwe.

Gdy Johann doszedł ro rozsądku, bo uprzednio stracił przytomność z przerażenia, po rzuceniu w niego głową krasnoluda, stwierdził, że ów głowa go ugryzła w ramię, tak, że musiał ją odciągać siłą, a potem rozejrzał się wokół, a każdy jego zbój uciekł. Nawet jego powóz został zabrany, i nie było żadnej duszy w miejscy postoju jego towarzyszy, którzy przysięgali mu, że będą mu wierni aż do śmierci.

Ta dezercja, jak mówił Johann swej Sydonii, złamała mu serce, i postanowił odtąd zmienić bieg życia, a potem udać się do jakiegoś pobożnego kapłana na spowiedź, mówiąc mu jak diabeł skusił go do grzechu, a następnie ukarał go w straszny sposób, bo on zasłużył na to…

Poprzedni artykułPączki staropolskie
Paweł Wasiak - potomek rodu Wake, Łukomskich. Twórca strony wasiak.jcom.pl, autor indeksów parafialnych, książek, m.in. pt.: Alice Clemens - kuzynka Marka Twaina, Dołęgowie Machcińscy z Białogardu i Szczecina - genealogia potomków króla starożytnej Troi, Grobowce Wenedów spod Czarnkowa, Losy Spadkobierców von Kleist - Retzow, O genealogii króla Sarmaty i pochodzeniu lechitów - Polaków, O Sarmatach i Sławianach słów kilka. Członek ZTG "Pomerania". Autor artykułów w More Maiorum.